Artykuły
Eryk Murlowski (1960-2013): Mistrz jujutsu, monocyklista, ochroniarz, historyk a
Autor: BARTOSZ SADLIŃSKI.
Publikacja: Środa, 26 - Luty 2014r. , godz.: 12:03
Wszyscy kiedyś umrzemy i każdy zdrowo myślący człowiek zdaje sobie z tego sprawę. Są jednak osoby, do których śmierć zwyczajnie nie pasuje. Jedną z nich był Eryk Murlowski. 1 marca mija pierwsza rocznica jego przedwczesnego odejścia.
50 lat to zaledwie półmetek życia i sporo jest jeszcze do zrobienia - powiedział Eryk Murlowski w wywiadzie, który udzielił w marcu 2011 roku dla tygodnika "Schlesisches Wochenblatt". Wtedy nie wiedział jeszcze o chorobie, która ostatecznie, dwa lata później spowodowała, że musiał odejść z tego świata. A trzeba przyznać, że był człowiekiem mającym niezwykły zasób energii, wiary w swoje możliwości i podzielności uwagi między wiele dziedzin, którymi się zajmował i w których odnosił sukcesy.
Dosiadał "żyrafy"
- Ze sztukami walki zetknąłem się w 1970, kiedy to ojciec zainteresował mnie samoobroną. Wtedy usłyszałem po raz pierwszy o japońskiej sztuce walki, jujutsu. (...) Myślę jednak, że nie chodziło tu głównie o nauczenie mnie technik samoobrony, ale o wykonywanie jakichkolwiek ćwiczeń fizycznych, a że ojciec akurat znał jujutsu, wybór był prosty - napisał Eryk Murlowski w tekście (w dużej mierze autobiograficznym), pt. "Japońskie sztuki walki na ziemi prudnickiej" ("Ziemia Prudnicka. Rocznik 2009/2010").
Ojciec, Rajmund Murlowski (1922-1978) był motorem w zasadzie wszystkich pasji syna. To on zaraził go bakcylem sztuk walki, monocykli (rowerów jednokołowych), historii lokalnej i genealogii.
- Widać było między nimi bardzo duże podobieństwo. Ojciec miał na niego bardzo duży wpływ - wspomina Jan Szczurek z Łącznika, przyjaciel Eryka Murlowskiego. - Widać było, że po prostu dobrze się między nimi układa.
Jeszcze w latach 70. Rajmund Murlowski samodzielnie konstruował monocykle.
- Mieliśmy dwa rowerki, jeden całkiem malutki, a drugi większy, zrobiony z koła po motocyklu, komarka. Wszyscy chcieli na nim jeździć, bo miał większą powierzchnię jazdy, więc utrzymanie się na nim przychodziło łatwiej. Było nas w klasie 24 do jednego rowerka. Trzeba było stać w kolejce - wspomina czasy swojego dzieciństwa Robert Roden z Chrzelic (dziś znany czytelnikom naszej gazety jako przewodniczący bialskiej rady miejskiej).
Już wtedy dorastający Eryk Murlowski uczestniczył w pokazach ekwilibrystów (na rowerkach niższych i tzw. żyrafach). Okazją do występów były m.in. komunistyczne święta.
- W trakcie (pokazu) w Opolu z okazji 1 maja zdarzył się pewien incydent - pisał w artykule "Jedno koło to więcej niż dwa" ("Ziemia Prudnicka. Rocznik 2005"). - Sztab ludzi odpowiedzialnych za organizację pochodu znalazł się w kłopocie z powodu przejazdu na wysokim, 4 metrowej wysokości monocyklu. Po pierwsze, przeszkoda w postaci kabli zawieszonych na wysokości około 5 m, po drugie, w trakcie przejazdu przed trybuną honorową znajdowałem się wyżej niż zgromadzeni tam przedstawiciele władz, i kwiaty, które miałem im podać, podawałem z góry. Wtedy miało to podtekst polityczny.
Po (również przedwczesnej) śmierci ojca w 1978 roku, Eryk Murlowski prowadził pionierską w naszym kraju sekcję monocyklistów. Zmieniały się jej formy organizacyjne (raz podlegała pod LZS, innym razem pod Stowarzyszenie "Odnowa Wsi Chrzelice", a jeszcze innym - pod Centrum "Kobudo Kenkyukai"), zmieniała się też intensywność uprawiania tej dyscypliny. Zdarzały się okresy słabe czy wręcz martwe. Przyczyn było kilka. Po pierwsze - wyjazdy za granicę za chlebem, po drugie - niedostatek sprzętu i funduszy (monocykliści nie byli wyczynowymi sportowcami, toteż nie byli w ten sposób traktowani i finansowani), po trzecie - i chyba najważniejsze - nawet dla Eryka Murlowskiego doba miała 24 godziny. Jeśli zaś chodzi o jego pasje, priorytetem były sztuki walki. Do końca swojego prawie 53-letniego życia zajmował się jednak monocyklami. Na oryginalne występy zgłaszano zapotrzebowanie w różnych częściach kraju (m.in. Kędzierzynie-Koźlu, Opolu, Wrocławiu, Łodzi). Eryk Murlowski, który na niedostatek kontaktów nigdy nie mógł narzekać, organizował w Chrzelicach ogólnopolskie zloty monocyklistów. Sekcja pojawiała się także w mediach o różnym zasięgu. Jednokołowcy wystąpili m.in. w programie "Mam talent". Serwis "You Tube" aż roi się natomiast od filmików, na których jednokołowcy pokazują, co potrafią. Taniec na jednym kole, jazda tyłem, gra w piłkę ręczną - to tylko niektóre smaczki. Eryk Murlowski podczas spotkań z młodzieżą szkolną nieraz prosił co silniejszych chłopców, by spróbowali zrzucić go z siodełka. Nie dawali rady.
Przeciw kolesiostwu
- Do treningu przydaje się wiedza z anatomii i psychologii. Dobrym nauczycielem jest ból. U nas na treningach mamy go sporo, wiążą się z nim rozmaite chwyty, dźwignie, a przede wszystkim uciski. Nie chodzi o ból, który robi krzywdę (urazy, złamania, zwichnięcia), lecz o taki, który podpowiada człowiekowi, że "to przecież tylko ciało", które nie jest przecież niezniszczalne - mówił Eryk Murlowski w wywiadzie dla naszej gazety, udzielonym w lutym 2012.
Był nauczycielem wymagającym. Na kolejne stopnie trzeba było sobie zasłużyć.
- Egzamin nie wyglądał tak, jak w innych sekcjach - wspomina Michał Rutkowski, który pod okiem Eryka Murlowskiego zdobył brązowy pas w jujutsu. - Nie było tak, że przychodziło się na egzamin w zaplanowanym terminie i płaciło za niego. U pana Eryka było tak, że wchodził na salę i rozpoczynał słowami: "proszę mi pokazać to i to". Wtedy wiadomo było, że zaczął się egzamin. Pan Eryk obserwował cię cały rok, na każdym treningu i pewnego dnia niespodziewanie sprawdzał umiejętności. Potem była nominacja, dosyć huczna, przy wszystkich. Dyplomy, certyfikaty. Mam je do tej pory.
Eryk Murlowski był zwolennikiem nieodpłatnego nauczania sztuk walki. Obawiał się, że komercjalizacja tej dziedziny niesie ze sobą ryzyko kolesiostwa czy zdobywania kolejnych stopni za pieniądze. Krytykował przypadki, kiedy to młody człowiek nawet po kilku latach treningu uzyskuje stopień mistrzowski.
Odnosił się także negatywnie do popularyzacji wśród ludności cywilnej takich systemów jak krav maga, combat czy kapap.
- Jako hybrydowe systemy walki (a nie sztuki walki) powinny być nauczane w zamkniętym kręgu wyspecjalizowanych grup - podkreślał w wywiadzie dla "TP". - Poza tym, jeśli ktoś mówi, że szkoli służby mundurowe, to moje pytanie brzmi: o jakie służby chodzi i w czym je szkoli? Czy ma na myśli wojsko, policję, straż miejską, służbę więzienną czy też grupy specjalne? Każda z nich ma inny zakres uprawnień, co wymaga innego zasobu wiedzy i technik a przede wszystkim taktyk. Poza tym obrona, dajmy na to, przed nożem czy pistoletem to już techniki z górnej półki. Nowe systemy militarne nie są złe, ale trzeba oddzielić je od pewnej propagandy, która ma miejsce.
Pierwszą sekcję jujutsu Eryk Murlowski założył w Opolu w połowie lat 80. Dziesięć lat później zaczął działać także w Chrzelicach, swojej rodzinnej miejscowości, w której spędził zresztą całe życie.
- Na początku 1995 roku podjąłem decyzję o wyremontowaniu starej kuźni, będącej częścią mojego domu - wspominał w artykule "Japońskie sztuki walki na ziemi prudnickiej". - W połowie maja miejsce na dojo było już gotowe i rozpoczęły się pierwsze treningi, które odbywały się na betonowej posadzce, na której była tylko wykładzina, stare dywany i dwa materace gimnastyczne. Jesienią 1996 roku w dojo została położona drewniana podłoga. Powoli miejsce to zaczęło się upodabniać do prawdziwego dojo. Brakowało tylko tatami (maty) z prawdziwego zdarzenia, które zostało położone dopiero w lutym 1998 roku.
8 Dan Self-Defense System, 7 Dan jujutsu, 7 Dan yawara - do takich stopni doszedł Eryk Murlowski. Za swojego mistrza uważał Terry’ego Wingrove’a (ur. 1941), który przez ponad 20 lat mieszkał i ćwiczył w Japonii. Ze względu na dużą odległość (Chrzelice-Londyn) nie widywali się często, jednak dane im było ćwiczyć w różnych miejscach na świecie, m.in. w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie przedstawiciele Centrum Kobudo Kenkyukai (tak nazywała się organizacja, którą Eryk Murlowski zawiadował w Chrzelicach) wybrali się w listopadzie 2008 roku, na prawie trzy tygodnie (za bardzo korzystną - jak na tę długość pobytu i na ten standard - cenę). Była to nagroda dla dwudziestu osób, za zaangażowanie i wytrwałość na treningach.
Działaj, nawet jeśli ryzykujesz życie
Jesienią 2012 roku, gdy choroba była już w zaawansowanym stadium, Eryk Murlowski wraz Robertem Boberem (obecnym prezesem Kobudo Kenkyukai) oraz Joachimem Himankiem (członkiem Komisji Ziemi Prudnickiej w Northeim) udał się do archiwum w Brnie. Celem było zebranie materiałów o dziejach ziemi chrzelickiej.
- Zrobiliśmy tam ponad 40 GB zdjęć i skanów - mówi Joachim Himanek. - Pruskowscy byli dla Eryka i są dla mnie bardzo interesującym rodem. Dlaczego? Do nich należały państewka: Prószków, Chrzelice i Biała z okolicznymi wioskami. A to obszar z którego pochodzą moi przodkowie.
W chwili śmierci Eryka Murlowskiego w jego komputerze znajdowało się mnóstwo częściowo tylko obrobionych materiałów. Podobno też chrzeliczanin zdążył napisać książkę (która byłaby jego drugą dużą publikacją) z zakresu historii lokalnej. Robert Bober, który obecnie znajduje się w posiadaniu komputera, na którym pracował Murlowski, zaznacza, że na chwilę obecną książki tej nie udało mu się odnaleźć na dysku. Jeśli zaś chodzi o skany i fotografie - są i mają się dobrze. Wymagają tylko czaso- i pracochłonnej obróbki.
Eryk Murlowski napisał mnóstwo artykułów z zakresu historii lokalnej, m.in. "Nieodkryte zabytki na ziemi prudnickiej", "Krótka historia wsi Łącznik", "Etymologia nazwy wsi Chrzelice", "Historia chrzelickiego zamku" czy "Historyczne pomyłki". Spod jego pióra wyszła też książka "Chrzelice 1306-2006". Jako badacz dziejów był amatorem, starał się jednak współpracować z osobami, zawodowo zajmującymi się historią. Przede wszystkim posiadał jednak zmysł szperacza i głód wiedzy.
Do edukacji - nazwijmy to - instytucjonalnej miał natomiast pewien dystans. Poprzestał na średnim wykształceniu, zaś maturę zdał znacznie później niż w wieku 19 lat. Pracował zawodowo jako ochroniarz (przez pewien czas miał nawet własną firmę), a wcześniej w budownictwie (z zawodu był murarzem) oraz jako sanitariusz na izbie wytrzeźwień. Pasji miał wiele, obok już wymienionych, zajmował się też genealogią (opracowywał drzewa) uwielbiał też czytać (był fanem serii o przygodach Pana Samochodzika). Miał żonę i dwoje dzieci. Był też osobą o wysokiej kulturze osobistej.
Jego myśl przewodnia brzmiała: "Teraz jest czas. Działaj, nawet jeśli ryzykujesz życie". Tej japońskiej sentencji wierny był do końca. Miejmy nadzieję, że to, co stworzył i zapoczątkował, nie odejdzie w zapomnienie.Powrót do wyboru artykułu +
Komentarze